Wywiad z posłem Waldy Dzikowskim

Wywiad z Waldy Dzikowskim, posłem na Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, byłym wójtem gminy Tarnowo Podgórne.

Agnieszka Wilczyńska: Jest Pan uznawany na ojca sukcesu gminy Tarnowo Podgórne. Proszę opowiedzieć o genezie tego sukcesu.

Waldy Dzikowski: Jest rok 1990. Miałem 30 lat. Zacząłem pracę naukowo- badawczą w Instytucie Obróbki Plastycznej w Poznaniu. Byłem w trakcie pisania doktoratu. Udzielałem się w Komitetach Obywatelskich, nastąpiły zmiany ustrojowe, wybrano mnie na Wójta Gminy Tarnowo Podgórne. Byłem młodym człowiekiem, który nie miał żadnego doświadczenia w administracji publicznej. Ale w tamtym czasie reform doświadczenie nie było potrzebne. Może czasami nawet by przeszkadzało. To był czas, gdy wszyscy musieliśmy otwierać nowe drzwi.

Otwierać czy wyważać?

Jedno i drugie. Czasem przeszkód nie było i łatwiej było drzwi otworzyć. Uczyliśmy się lokalnej demokracji wszyscy nawzajem. Po pierwsze trzeba było zdobyć zaufanie ludzi, ponieważ sytuacja nie była sprzyjająca do integracji gminy. Bardzo żywa była rywalizacja między Tarnowem Podgórnym, stolicą gminy, a Przeźmierowem, największą miejscowością w naszej gminie. Były utarczki, że reszta gminy korzysta wielości małych i średnich przedsiębiorstw jakie były w Przeźmierowie. Były zakusy, aby gmina się podzieliła. Wtedy po raz pierwszy musiałem się zmierzyć z trudną rzeczą, czyli jak zakopać emocje. Przypominam sobie spotkania, na które przychodziło paręset osób i chciało odłączenia Przeźmierowa od gminy. Przypominam sobie to co powiedziałem wtedy, to były prorocze słowa, „dzisiaj 60% budżetu gminy pochodzi z tej części gminy, ale jeżeli zrealizuję swoje plany, to sytuacja się odwróci.”

Pan już wtedy wiedział?

W młodszym wieku pewne pomysły są łatwiejsze do zrealizowania, a jeszcze byłem bez doświadczenia. Był świeży powiew wiatru, chęć, zdecydowanie, poczucie misji, podejmowałem trudne decyzje wymagające czasem nawet bohaterstwa.

Kiedy załatwiałem pozwolenie na budowę mojego domu w 1987 roku, widziałem, że Urząd Gminy był jakiś taki smutny, jak za starych czasów. Może do końca nie była to wina urzędników, ale pewnego systemu, mentalności. Wielokrotnie napotykałem trudności w załatwianiu różnych spraw. Pomyślałem wtedy, że kiedyś tam wrócę i to zmienię.

Na początku lat 90-tych nasza trasa była najważniejszą drogą wylotową na zachód z Poznania. Zaczęliśmy od pomysłu. Wzorowaliśmy się nieco na takich metropoliach jak Hanower, gdzie wokół dużego miasta dynamicznie rozwijają się gminy. Mobilność i dynamika małej gminy jest większa, niż molocha jakim jest Poznań. Przy poparciu ludzi wierzyliśmy, że tą szansę możemy wygrać. Gmina pomimo, że była położona blisko Poznania, w dobrym szlaku komunikacyjnym, była zapyziała. Kilka kilometrów wodociągów, dzikie wysypiska, dzikie wylewiska z szamb, prawie żadnej infrastruktury, w urzędzie biegające myszy pod drewnianym sufitem, fotele z czasów gierkowskich, nie rzadko z dziurami. Kiedy przychodzili goście siadałem pierwszy, żeby przykryć te dziury. Ale pomyślałem, że to zmienimy na końcu. Wizerunek jest ważny, ale chciałem pokazać ludziom, że nie jest najważniejszy.

Często inne gminy, o charakterze rolniczym wyglądały ładniej, schludniej. U nas ludzie żyli z małego rzemiosła. Sam to robiłem, bo moi rodzice mieli pół hektara i po części z tego żyliśmy. Około 25% osób żyło z mało hektarowego rolnictwa. Aby zmniejszyło się bezrobocie, trzeba było ludziom dać szansę przekwalifikowania się, nie ma czarodziejskiej różdżki, która wszystko zmieni od razu. Trzeba było czasu, aby ludzie sprzedali ziemię, zagospodarowali ją inaczej, rozkręcili jakiś swój interes.

U nas nie było rynku pracy, 70% osób jeździło do pracy do Poznania. Chcieliśmy to odwrócić.

Mieliśmy sporo ziemi do zagospodarowania. W 90% były to tereny prywatne. To było trudne zadania, bo inaczej gospodaruje się na swoim gruncie, a inaczej na prywatnym. Nie wszyscy wtedy czuli jaką to jest szansą. Najwcześniej zaczęli inwestować u nas niemieckie firmy.

Głownie był to kapitał zagraniczny?

Nie tylko. Jedną z pierwszych firm był warsztat firmy Balma w polu. Równolegle inwestowały polskie i zagraniczne firmy. Ludzie mieli chęć wzięcia spraw w swoje ręce. Często małe firmy zaczęły się zmieniać i kooperować z tymi, którzy już u nas zainwestowali. Niemniej wciąż był w ludziach strach i obawa przed sprzedażą ziemi obcokrajowcowi. Rozumiałem ich, ale przekonywałem, że to szansa.

Przekształciliśmy pod aktywizację gospodarczą ponad 1200 hektarów ziemi. Pracowaliśmy na mapie i w ziemi.

Miejscowe Plany Zagospodarowania Przestrzennego stworzono zanim przyszli inwestorzy?

 Inwestorzy musieli mieć gotową, profesjonalną ofertę. Pod względem planowania mieliśmy przemyślane strefy aktywności gospodarczej. Od strony Poznania zaplanowaliśmy handel, usługi. Im dalej od miasta tym kaliber inwestycji większy – produkcja, a przy samym Tarnowie wielkie fabryki. Sama ziemia przeznaczona pod inwestycje nie jest atrakcyjna, jak nie ma prądu, wody, gazu itd.

Pomyśleliśmy, że po jednej stronie Tarnowa Podgórnego będzie rynek pracy, a po drugiej tereny mieszkaniowe, żeby nie mieszać tych funkcji. Chodziło o to, aby stworzyć warunki do pracy i tanią ofertą mieszkaniową. Bo polityka prorodzinna to stabilność pracy i mieszkania. Było nas wtedy około 11,5 tys., dziś jest około 24 tys. mieszkańców.

Ludzie wtedy chcieli widzieć kolosalne i szybkie zmiany. Inne gminy budowały chodniki, wiaty przystankowe, my jak krety ryliśmy w ziemi. Przez jakiś czas nie było widać efektów. Ryzykowałem tym trochę swoją pozycję. Ludzie głosują oczami. Ale zaryzykowałem i to się opłaciło, ale nie było to łatwe.

Kiedyś wymyśliłem, że ludzie do mnie przychodzą, a może to ja bym pojechał do ludzi. Po pracy odwiedzałem mieszkańców gminy. Bez aprobaty ludzi, bez dobrej atmosfery nie odnieślibyśmy sukcesu. Wszyscy musieli się przekonać, że to jest szansa. Losowaliśmy rodziny, które potem po godzinach pracy odwiedzałem. Po kilkunastu wizytach ludzie sami dzwonili, że chcieliby być wylosowani. Niektórzy przy ładnej pogodzie wystawiali ławy przed swoim domem i zapraszali jeszcze sąsiadów. Mieszkańcy poznawali mnie, a ja poznawałem ich problemy. Tego wszystkiego, czego ja się przy tej okazji nauczyłem, nie dowie się człowiek w gabinecie w urzędzie.

Wszyscy, z którymi rozmawiam podkreślają, że ten klimat i dobra atmosfera robiły duże wrażenie.

Na inwestorach też. Chodziło mi głównie o to, żeby ludzi poznać. Udało się zakopać rowy miedzy Tarnowem i Przeźmierowem. Wszyscy uwierzyli, jak zobaczyli budujące się fabryki i pojawiły się nowe miejsce pracy. Teraz odwrócił się trend, ludzie z Poznania przyjeżdżają do nas do pracy. Obecny wójt wyliczył, że w gminie jest ponad 41 tys. miejsc pracy. Jednocześnie rozwijała się oferta deweloperska. Powstały także luksusowe osiedla, dla bogatych osób, którzy u nas zostawiały swoje podatki. Zaczęli przyjeżdżać do nas młodzi, wykształceni ludzie z całej Polski. U nas decydowali się osiedlić i tu decydowali się na dzieci. Nie dostali 500 zł na dziecko. Moim zdaniem, to 500 plus nie sprzyja rozwojowi rodziny, a bezpieczeństwo pracy, w miarę rozluźniony kodeks pracy – przyjazny dla kobiet, dostępność żłobków, przedszkoli.

Mieliście wystarczającą ilość żłobków i przedszkoli dla wszystkich dzieci?

Inwestowaliśmy w edukację i oświatę. Najwięcej pieniędzy włożyliśmy na tamten moment w mury i dobre pensje nauczycieli. Powstawały nowe szkoły i przedszkola, teraz z jeszcze większym rozmachem. Pomyślałem, że kropką nad i, ale niech robią to moi następcy, będą Termy. Inni budowali pływalnie wcześniej, ja najpierw chciałem rozkręcić motor finansowy. A na koniec budowa ścieżek rowerowych. To robi wójt Tarnowa obecnie.

Jak Pan ocenia dzisiejszy rozwój Tarnowa Podgórnego?

Świetnie. Nadal jestem mieszkańcem gminy. Z dumą wracam do tych lat w Tarnowie, to były najlepsze lata mojej pracy zawodowej.

To dlaczego Pan odszedł?

To była świadoma i przemyślana decyzja. Zdobyłem dużo wiedzy i spotkałem się z ciekawymi ludźmi, wiele się nauczyłem, chciałem to oddać szerszej części Wielkopolski. Byłem radnym Sejmiku, potem posłem. I nie poszedłem w politykę jak tabula rasa, wniosłem dość bogate doświadczenie ze sobą.

Wiele osób przypomina historie upadku Banku Spółdzielczego.

O tym można by napisać książkę sensacyjną. W 1992-93 roku przez upadłość banku spółdzielczego faktycznie mogliśmy na długi czas spowolnić swój rozwój. Dotknęło by to lokalne firmy, mieszkańców oraz gminę, która także miała tam ulokowane pieniądze. Pamiętam wyjazdy do Warszawy, spotkania z Ministrem Finansów. Powiedziano nam, że musimy znaleźć bank, który kupi upadający bank. Zgodził się Bank Śląski, ale pod warunkiem, że oszczędności mieszkańców i gminy zostaną bez odsetek przez pół roku oraz, że nowe umowy z kilkuset klientami zostaną podpisane w przeciągu 3 dni. Panie w banku siedziały non stop. Ja byłem osobą uwiarygodniającą. Niewiarygodne, ale udało się.

Pospolite ruszenie.

Dla ludzi szokiem było, że zostaną bez odsetek. Ale się udało. Ten moment pozwolił na zbudowanie dużego zaufania pomiędzy władzą, mną osobiście a ludźmi.

Mówimy cały czas o Tarnowie Podgórnym, jako o miejscu tak dobrze zaplanowanym i zagospodarowanym pod inwestorów. Przejeżdżam czasem przez Sierosław, który przy drodze krajowej 307 jest otoczony gminą Dopiewo. Dlaczego w Sierosławiu udało się wygospodarować tereny inwestycyjne, a Dopiewie nie?

Zawsze jak opowiadam o tym co zrobiłem, staram się zdawać relacje z tego co zrobiłem, a nie pouczać. Nie ma matrycy, według wszyscy działają. Zawsze jest to zbieg różnych okoliczności. Uważam, że nasze decyzje były słuszne, bo to widać gołym okiem. Kiedyś u nas było brzydko, teraz każda z naszych 16 wiosek jest piękna. Jest to praca także kolejnych wójtów. Tak się udało, że moimi następcami są fajni, przyzwoici ludzie. A ja im pomagam na ile mogę.

Wspominał Pan współpracę Tarnowa Podgórnego z Poznaniem. Z perspektywy Dopiewa widzę, że Poznań traktuje gminy ościenne trochę jak biedniejsze siostry. Czy widzi Pan rozwiązanie, aby cała metropolia rozwijała się synchronicznie jak już wcześniej przywołany Hanower?

Przyszedł czas globalizacji. Silniejszy wygrywa, skonsolidowany, ze spójną dobrą ofertą. Poznań i okoliczne gminy powinny stworzyć ofertę, aby konkurować z innymi miastami w Polsce, a nawet z samą Warszawą. Nie tylko nasza gmina się rozwinęła, rozwinęły się także inne gminy. W końcu lepiej mieć sąsiada bogatego niż odwrotnie. Mną nigdy nie kierowała zazdrość, jeśli ze mnie ktoś brał przykład to fajnie. Jeśli mu się udało, to jest korzyść dla wszystkich. Stworzenie wspólnej oferty logistycznej, pod względem planowania przestrzennego, infrastrukturalnej jest ważne.

To jest możliwe?

Możliwe, ale trudne. Powinien znaleźć się ktoś, nie sugerując, że jest lepszy, przyjaźnie nastawiony, kto zaprosi do stołu i będzie się działo. To życie wymusi, że taka wspólna oferta Poznania i okolicznych gmin zostanie stworzona. Ustawa metropolitalna ma swoje niedoskonałości i musi jeszcze być poprawiona, ale jako narzędzie prawne i finansowe jest bardzo pomocna. Taka oferta powinna być stworzona. Miasto ma inne funkcje, a inne można lokować poza jego granicami. Wieś nie powinna być miastotwórcza.

Dopiewo stało się jedną z większych sypialni Poznania. Poszło inna drogą niż Tarnowo Podgórne. Tego trendu już nie da się odwrócić. Pytanie co robić w warunkach, które są obecnie?

Daleki jestem od pouczania, ale rzeczywiście mieszkaniówka w niektórych gminach rozwinęła się tak bardzo, że za tym nie nadążyła infrastruktura. Dlatego mówimy o balansie. Nie tylko funkcja noclegu powinna być zagwarantowana, ale i życie codzienne, edukacja, infrastruktura, dobry dojazd. Może gdzieś nie dostrzeżono, że noclegownia rozwija się szybciej, niż rozwijają się inne ważne funkcje.

Jak to było z S11?

Pod koniec moich rządów w Tarnowie 1994 roku już wiedziałem, że autostrada A2 nie pójdzie starym śladem, tylko na południe od Poznania. Pomyślałem, że skończy się Eldorado dla Tarnowa i wszyscy zaczną lokować się bliżej autostrady. Wtedy już pomyśleliśmy o łączniku starej trasy z nową autostradą – zachodniej obwodnicy Poznania S11. W 2014 roku po 20 latach została wybudowana. Tego pilnowałem osobiście. Pomimo, że to był nasz pomysł, na budowie S11 zyskały także inne gminy. Wójt Suchego lasu nazwał tą drogę kiedyś „Dzikówka”. Tego się nie wstydzę, tego mi nikt nie odbierze. Mogę powiedzieć, że to moja obwodnica.

Mógłbym długo opowiadać, bo jest o czym. To są autentyczne emocje i przywiązanie do gminy. Nie obyło się bez błędów, ale o tym nie zamierzam Pani opowiadać. Nawet jeśli były, to nie miały wielkiego wpływu.

Chciałam jeszcze zapytać o jeszcze jedną sprawę, która nurtuje wszystkie okoliczne gminy, czyli o budowę podwójnej linii 400 kV. Jak to wygląda z punktu widzenia Warszawy? Czy mieszkańcy mają jakikolwiek wpływ na wybór wariantu przebiegu?

Byłem na spotkaniu w Tarnowie Podgórnym. Znam ten temat dobrze. Wydaje mi się, że inwestor zrozumiał, że trzeba wziąć pod uwagę głos wszystkich stron. Oczywiście można skorzystać ze specustawy. W końcu inwestor buduje to dla ludzi, nie dla siebie i należy zachować harmonię, to zagwarantuje sukces. Problem w tym, że w kilku gminach są rozbieżne interesy. Nie chcę wnikać w szczegóły, bo to oczywiste, że każdy dba o swój interes, ale gdzieś kompromisy trzeba osiągnąć. Należy się do nich przybliżać. Jeśli wykonawca inwestycji będzie widział, że wszyscy mówią w miarę jednym głosem, to będzie łatwiej osiągnąć cele. Miejmy nadzieję, że wszystkim wystarczy mądrości.

Jeśli gminy mają moc sprawcza w tej sprawie.

Mają. W wielu sytuacjach byłem. Wiem, że to nie jest łatwe, ale można wypracować kompromis.

Dziękuję.

Poseł Waldy Dzikowski (zdjęcie nadesłane)
Kategoria: 

Komentarze

wykupił ziemie na terenie planowanym 4x200kv to i pilnuje teraz